To co pamiętam z pierwszej wizyty w Mielnie, to niezwykłej urody przyroda wybrzeża. Fale nieustannie zmywające na rozległych plażach biały piasek, słony wiatr i świeżość powietrza. Łagodne wydmy, dające ochronę przed wiatrem przepięknym różom, nadbrzeżnym i sosnowym krzewinkom. Właśnie tu, na tej plaży, stojąc w butach wypełnionych piaskiem, w marcu 2005 roku, ja i Haakon Saeter podjęliśmy decyzję o inwestowaniu w projekt Firmus Group w Mielnie.

W ciągu wielu lat działalności w roli deweloperów i inwestorów napotykaliśmy bardzo wiele interesujących okazji inwestycyjnych. Niektóre z nich odwoływały się do portfela, inne oddziaływały na rozum, a jeszcze inne wywoływały drgnienie serca. W tym przypadku nie mam wątpliwości, że decyzję podyktowało serce. Stworzenie czegoś wspaniałego w tym cudownym otoczeniu musiało się udać. Każdy, kto kocha przyrodę i morze zrozumie, że to prawdziwy raj.

Od zawsze znaliśmy Steina Knutsena – biznesmena. Jako młody człowiek w Norwegii wybrał do życia nasze strony i tu też rozpoczęła się jego kariera. Sięgając pamięcią wstecz, widzę Steina jako człowieka, który zawsze dąży do doskonałości, a przy tym nie obawia się długich dni pracy. Nie miałem wątpliwości, że w każdej dziedzinie, jakiej poświęci swoje życie zawodowe, odniesie sukces.   

Po kilku latach, jako osoba odpowiedzialna za ogromną norweską inwestycję w branży nieruchomości, Stein wyjechał do Warszawy. W tamtym czasie zaangażowany byłem w budowę centrum handlowego w Gdyni i w 1995 roku spotkaliśmy się w Warszawie, aby przy filiżance kawy podzielić sie doświadczeniami z umiejętnosci radzenia sobie w polskim biznesie. Niemniej w tamtym czasie nie nawiązaliśmy jeszcze żadnej współpracy. Nie miałem też wtedy pojęcia, że po upływie ponad dziesięciu lat połączymy siły i zostaniemy długoletnimi partnerami biznesowymi w jednej z najbardziej unikalnych inwestycji w branży nieruchomości na wybrzeżu Morza Bałtyckiego.

W zimie 2005 roku Stein zaprosił nas do Mielna, aby pokazać kilka działek i zapoznać nas z planowaną ze wspólnikami budową. Mając na uwadze dobre skojarzenia z innymi projektami Greenfield w okolicach Bałtyku uznaliśmy, że będzie miło odwiedzić Steina w jego ówczesnym siedlisku, czyli w niewielkiej wiosce Mielno, położonej na polskim wybrzeżu. Spotkaliśmy tam innego Steina – nie tego znanego nam z Norwegii czy Warszawy, w garniturze i krawacie. Tym razem ubrany był w dżinsy i sweter, wyglądał na bardziej wypoczętego i młodszego niż kiedykolwiek wcześniej. Trudno powiedzieć, czy zasługą tej zmiany był nowy tryb życia, bardziej nieskrępowany i na luzie, czy też jego entuzjazm dla projektów, nad którymi pracował. Ale kiedy pokazał nam działki zrozumieliśmy, skąd bierze się jego świeży, bezwarunkowy entuzjazm. 

Stein ze wspólnikami zakupił w okolicy sporo ziemi; zaproponował nam  przyłączenie się do kolejnych zakupów i rozpoczęcie budowy. Zdeklarowaliśmy się już pierwszego wieczoru, co raczej rzadko się zdarza przy podejmowaniu decyzji o inwestycji na taką skalę. Pomogło nasze przekonanie, że Polska jest właściwym krajem do inwestowania. Przy tym mamy pewność, że ziemia położona na wybrzeżu ma o wiele bardziej wyjątkowy charakter od innych nieruchomości i byliśmy całkowicie przekonani, że razem ze Steinem jesteśmy w stanie stworzyć coś unikalnego. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że ludzie kupią mieszkania, będą chętnie odwiedzać restauracje i korzystać z obiektów i udgodnień przez nas oferowanych.

Byliśmy także pewni, że potrafimy przekonać inwestorów i wspólników do wspólnej  realizacji projektów. Z czasem projekty się rozrastały, zresztą nasze ambicje także. W związku z tym nakłoniliśmy wielu profesjonalnych specjalistów, aby wsparli naszą inwestycję, dołączając do nas.

Dziś grupę wspierającą budowę Dune jak też pozostałe projekty Firmus można określić trzycyfrową liczbą udziałowców, ma też ona solidne zaplecze kapitałowe i źródło know-how oraz doświadczenie, jakim nie mogą się pochwalić konkurencyjne projekty na wybrzeżu Morza Bałtyckiego. Oczywistym jest, że nasi udziałowcy oczekują wysokich zysków z inwestycji, ale mamy także świadomość tego, że na dłuższą metę opłacają się jakość i cierpliwość. Nie jesteśmy tu wszak po to, aby wypracować szybki zysk, ale naszym celem jest sprawić, aby usatysfakcjonowani klienci chętnie do nas powracali. Przekonani jesteśmy, że zakup mieszkania w jednym z naszych projektów będzie jedną z najlepszych inwestycji w życiu naszych klientów. Chcemy zadowolonych klientów zarówno teraz, jak i w przyszłości.

Zatem pragnę pogratulować wszystkim nabywcom mieszkań w Dune i życzyć nam wszystkim fantastycznej podróży w przyszłość.

Tormod Stene-Johansen, prezes Dune Holding AS, Norway

Marek Sietnicki

„W trakcie realizacji te budynki zyskiwały w stosunku do projektów. Nawet obecnie, kiedy większość apartamentów jest już zaaranżowana, a wykonywane są ostatnie prace porządkowe w otoczeniu, ujawniają się pewne zależności w przestrzeni, które na etapie projektowania były niedostrzegalne. Cały zespół obiektów zaczyna funkcjonować jako jedność. I widać, że wszystkie elementy do siebie idealnie pasują, uzupełniają się, dopełniają” – mówi dr Marek Sietnicki, architekt, główny projektant kompleksu Dune Resort.

– Co Pan czuje, widząc Dune Resort jako gotową całość?

– Ogromną satysfakcję.

– Czy to co widzimy, to to samo, co wyobrażał Pan sobie, tworząc pierwsze rysunki na potrzeby projektu?

– I tak, i nie. To co powstało jest tym, co powstać miało. Ale ja wciąż się cieszę, że budynki Dune Resort należą do tej kategorii projektów, które zyskują w miarę realizacji.

– Co to znaczy?

– Często widuje się budynki, które bardzo dobrze wyglądają w trakcie budowy, gdy widzimy samą ich strukturę. Później w miarę postępu prac wykończeniowych tracą swoje walory, zatracają najwartościowsze cechy. Stają się czymś zaledwie przeciętnym. Dzieje się tak często wtedy, kiedy architektura rządzi się tylko prawami ekonomii, kiedy najważniejszy cel to jedynie sprzedanie jak największej liczby metrów kwadratowych. Szkoda, bo na podstawie określonej struktury budynku dałoby się częstokroć uzyskać coś wyjątkowego, a wychodzi coś nudnego i brzydkiego.

– W przypadku Dune Resort ta pułapka nie zadziałała?

– Tutaj w trakcie realizacji budynki zyskiwały. Nawet teraz, kiedy większość apartamentów jest już zaaranżowana, a wykonywane są ostatnie prace porządkowe w otoczeniu, ujawniają się pewne zależności w przestrzeni, które można dostrzec dopiero teraz, a wcześniej – na etapie projektowania – były niedostrzegalne. Dopiero teraz cały ten zespół obiektów zaczyna funkcjonować jako jedność. I widać, że elementy do siebie idealnie pasują, uzupełniają się, dopełniają.

– W momencie realizacji pierwszej części nie było jeszcze wiadomo, jak ma wyglądać całość?

– Było mnóstwo niewiadomych. Przede wszystkim nieznana była reakcja rynku, czyli kluczowa rzecz. Od niej zależały decyzje co do ciągu dalszego. Kompleks czy pojedyncze niepowiązane obiekty? Jak duże? W jakim czasie budowane? To była masa pytań.

– Rynek zareagował entuzjastycznie. Pierwszy budynek przekonał do siebie nie tylko nabywców, ale również mieszkańców Mielna.

– I właśnie wtedy podjęliśmy decyzję, że przełożymy kluczowe cechy rozwiązań zastosowanych w pierwszym budynku na dwa kolejne. I tu powracam do odczucia satysfakcji. Wiedziałem od początku jak to ma wyglądać i cieszę się, że w tę dokładnie stronę poszła realizacja podyktowana odbiorem pierwszej części.

– Ale zawsze chyba jest jakiś element zaskoczenia?

– W tym przypadku polega on na tym, że całe Dune Resort wygląda lepiej niż się można było spodziewać. Piękne w zawodzie architekta jest to, że pewne walory ujawniają się dopiero w rzeczywistości, wynikają z interakcji między budynkami i innymi elementami otoczenia. Dopiero gdy ogląda się efekt swojej pracy nie w komputerowym odwzorowaniu albo na makiecie, ale w skali 1:1 – w kontakcie z krajobrazem, morzem, czy sąsiedztwem dostrzec można dodatkowe plusy. 

– Jakiś przykład?

– Weźmy betonowy plac przed głównym wejściem do pierwszego  budynku z wyrastającymi z niego wysokimi drzewami. Pierwotnie rósł tam kawałek sosnowego lasu. Można było zaprojektować wąskie chodniki między drzewami, jak to się robi zazwyczaj, my jednak zaproponowaliśmy położenie wysokiej jakości betonu na całej powierzchni z pozostawieniem przestrzeni dla sosen. Do końca trudno było przewidzieć, jaki będzie rezultat. Wyszło fenomenalnie. Po wykonaniu okazało się, że powstał bardzo charakterystyczny element, bardzo efektowny, a jednocześnie szanujący zastaną zieleń. Podobne, z pozoru drobne rzeczy, można wskazać w pozostałych budynkach.

– Jak wygląda dochodzenie przez architekta i inwestora do wspólnego poglądu na inwestycję?

– Niektórzy widzą w architekcie oderwanego od rzeczywistości artystę, inni rzemieślnika, którego rolą jest jedynie przeprowadzić proces projektowy według czyjegoś pomysłu. Ja nie przyjmuję tego szufladkowania: artysta albo rzemieślnik – narzędzie w ręku inwestora. Z Firmusem, a konkretnie z jego prezesem Steinem Christianem Knutsenem, udało mi się znaleźć taki sposób pracy, który jest niezwykle twórczy, szanujący autonomię obu stron. To jest swoista wymiana. Każdy daje z siebie to, co może dać najwartościowszego, a druga strona za tym podąża i dodaje coś od siebie. Proces projektowy jest dłuższy niż typowy, bo praca polega na znajdowaniu kolejnych przybliżeń. Ale ekwiwalentem poświęconego czasu są dogłębnie przemyślane rozwiązania, które są twórcze zarówno dla architekta, jak i dla klienta.

– Wygląda to na bardzo systematyczną i dokładną pracę.

– Zawsze zaczynamy od burzy mózgów. Dzięki temu precyzyjnie określamy cel. Później przychodzi faza, którą z angielska nazywa się reaserchem, a co oznacza szersze rozpoznanie, zbieranie danych, poszukiwanie podobnych realizacji. W tym wszystkim Stein Knutsen bardziej jest wizjonerem niż my, ale te jego wyobrażenia dotyczą bardziej przedsięwzięć niż konkretnych budynków. Wizje dotyczące przedsięwzięć przekładamy więc na kolejne elementy w przestrzeni. Wzajemnie się inspirujemy i dopełniamy. W aspektach dotyczących funkcjonalności i estetyki mamy rolę – można ją tak nazwać – ekspercką. Prezes Knutsen co pewien czas mówi: „Gdyby było tak, że mój pomysł jest idealny, po co byłby mi potrzebny architekt?”. On wie co chce mieć, bo coś widział, coś kojarzy, ale daje nam pole swobody jeśli chodzi o konkrety. Naszym wspólnym celem jest stworzyć coś, co jest unikatowe, oryginalne, funkcjonalne, piękne, zawsze z elementem pozytywnego zaskoczenia.  Najlepiej nam się pracuje nad takimi rzeczami, przy których i ja i on nie wiemy na początku, jaki będzie efekt końcowy, bo wynika on z wielu godzin dyskusji i wielokrotnych „przybliżeń”. To przynosi dużo energii, daje radość z tego, co się robi.

– To zawsze są rozmowy z prezesem Knutsenem?

– Co pewien czas spotykamy się na warsztatach projektowych z głównymi norweskimi udziałowcami Firmusa. Z ich strony częstym oczekiwanym elementem w projektach jest to, by przynosiły fun, żeby nie były poprawnym i odtwórczym realizowaniem zadań. Kolejne obiekty to dla nich inwestycje, czyli sposób zarabiania pieniędzy, ale nie chodzi im przy tym wyłącznie o korzyści finansowe. Równie ważne w ich podejściu jest to, by coś wykreować, pozostawić coś wartościowego, czego nikt nigdy nie zakwestionuje. Nie jest to więc działanie schematycznie deweloperskie, ale skupienie się na pewnej wizji.

– Państwa działania dały Mielnu silny impuls rozwojowy.

– Mielno obecne i tamto sprzed 15 lat to dwie różne rzeczywistości. Pamiętam zdziwienie na twarzach urzędników gminnych, gdy prezes Knutsen mówił, że zależy mu na budowaniu marki Mielna. Przyjmowali to z podejrzliwością, bo jak ktoś może mówić, że budowa na sąsiedniej działce to nie jest dla niego konkurencja, ale jeszcze jeden element układanki, która ma podnosić pozycję Mielna, by stało się ono destynacją dla nowych grup turystów. I muszę stwierdzić, że przez lata odbiór tego, co mówi prezes Stein Knutsen, diametralnie się zmienił. Nagle się okazało, że nowy duży obiekt nie odbiera nikomu klientów, ale ściąga do miejscowości nowych. Takich, którzy wcześniej nie brali pod uwagę tego miejsca jako destynacji, czyli celu wyjazdu, miejsca wypoczynku. Pojawia się coraz więcej wiary w to, że Mielno może zmieniać się w kierunku nowoczesnego kurortu.

– Wróćmy jeszcze do samego Dune Resort. Lokowanie dużych obiektów w tak wrażliwej przestrzeni jak pierwsza linia brzegowa jest niezwykle trudne i wiąże się z dużą odpowiedzialnością.  Jak osiągnąć to, by obiekt miał odpowiednią skalę, a jednocześnie nie naruszał ładu przestrzeni.

 – Mielno to jedna z niewielu polskich miejscowości, które mają tak otwarty kontakt z morzem. Większość z nich ma zabudowę odsuniętą od brzegu o co najmniej kilkaset metrów. Na plażę dociera się w nich przechodząc przez pas nadmorskiego lasu. Ta otwartość na morze to ogromny atut Mielna. Od początku swego istnienia, a przynajmniej od lat kiedy zaczęto o nim myśleć jako o letnisku, zabudowa była kreowana blisko brzegu. Wystarczy spojrzeć na Floryn czy Meduzę. Stara zabudowa wyznaczyła dominującą skalę zabudowy.

– Jednak już 40 lat temu wyłom został dokonany, bo powstały obiekty wysokie, na przykład Unitral, Syrena, Eden w Unieściu.

– I okazało się, że budynki wyższe niż 2-3 kondygnacje są możliwe do zrealizowania bez krzywdy dla otoczenia. My, budując Dune Resort, udowodniliśmy, że nawet ponad 20-metrowe budynki wciąż pozostają we właściwej relacji z elementami środowiska, choćby z wysokością starych drzew. Budowanie pierwszego budynku to było rzeczywiście ogromne wyzwanie, bo granica działki przebiega tam zaledwie 4 metry od  promenady spacerowej.  Mieliśmy jasność, że im wyżej wyjdziemy z budynkiem, tym bardziej spektakularne widoki będziemy mogli zaoferować nabywcom. Ale wiedzieliśmy, że nie będzie to pojedynczy, samotny obiekt, lecz element większej całości, włączyliśmy więc w projektowanie postulat niezakłócania owego przestrzennego ładu. Nie było to łatwe. Spowodowało to, że nasze budynki są droższe w realizacji niż przy innym podejściu, bo można byłoby „wycisnąć” więcej metrów do sprzedaży, ale potraktowaliśmy to samoograniczenie jako inwestycję w wartość niewymierną, ale bardzo istotną – w jakość architektury. Jest to jednocześnie architektura dynamiczna, posługująca się ostrymi kątami, dzięki czemu dochodzi do przenikania się przestrzeni budynków i zewnętrza. Ja tak rozumiem właściwe wpisywanie obiektów w otoczenie. Tworzymy wrażenie, że otoczenie wchodzi do budynku, a z drugiej strony, budynek wychodzi niejako naprzeciw otoczeniu poprzez rozmaite elementy nadwieszone nad wydmą. Jest ruch, ale i harmonia. W efekcie te budynki nie są obce, jednoczą się z otoczeniem.

– Budynki mają jednakową funkcję, tzn. mają zapewnić warunki komfortowego wypoczynku . Ale jednak w wykończeniu swoich części wspólnych są nieco różne. Budynek, który powstał jako pierwszy to stonowana, klasyczna elegancja, a na przykład drugi to już nieco inny świat, bo pojawiają się ornamenty, złoto, bogato wyglądające lampy. Z czego wynika to zróżnicowanie?

– Decydując się na to, że stworzymy kompleks, który będzie miał spójną formę architektoniczną, mieliśmy do wyboru albo postawić na zupełną unifikację w sferze architektury wewnętrznej i kształtowania części wspólnych, albo na ich zróżnicowane. Poszliśmy drogą typową dla Firmusa, czyli szukaliśmy rozwiązań tworzących rzeczy unikatowe i charakterystyczne.

– Mamy więc trzy budynki z wnętrzami o nieco innym wyrazie.

– Budynek pierwszy mógł być naturalnym centrum zespołu, bo był pierwszy i ulokowany na działce najbliższej morza. Ale jednocześnie wiedzieliśmy, że budynek drugi, największy, powiększy ofertę usług specjalnych dla mieszkańców o zaplecze SPA. Dlatego podjęliśmy decyzję, że on będzie miał funkcję centralną. Stąd imponujące lobby otwarte na wysokość dwóch kondygnacji i otwarty na dwie strony słoneczny dziedziniec. W ten sposób nastąpiło stopniowanie znaczenia i wrażeń. Stylem, który obecnie jest w architekturze najwyrazistszy jest styl glamour, łączy elementy tradycji z nowoczesnością, biel ze złotem, wprowadza ornamenty, przeskalowuje je. Akurat tutaj wpisujemy się w nurt architektury wnętrz, który jest obecnie popularny. Używamy na przykład elementów wnętrzarskich charakterystycznych dla tego stylu. W ten sposób budynek największy dostał znamiona prestiżu, ale niejako z przymrużeniem oka. On sam ma mówić: „To ja tutaj jestem najważniejszy”. Dlatego na przykład znalazła się w nim główna recepcja.
Budynki modernistyczne poprzez swoją minimalistyczną formę straciły funkcję znaczeniową. Dawniej kiedy chciano powiedzieć, że coś jest świątynią, nadawano mu formę kościoła. Jednoznaczną, od razu rozpoznawalną. Budynki mówiły, czym są.

– W architekturze modernistycznej zaczęły się zacierać te znaczenia.

– Jednak już w latach 70. ubiegłego wieku zaczęto zauważać, że budynki które bez względu na funkcję wyglądają jednakowo, zaczynają również być przez ludzi odbierane jako obce. Kościoły zaczęły wyglądać tak jak zawsze wyglądała kotłownia i odwrotnie. Ludzie poczuli się w tej rzeczywistości nieswojo. W latach 80. zaczęła wracać warstwa znaczeniowa architektury, dlatego budynki zaczęły znowu coś mówić. Tak właśnie podeszliśmy do projektowania Dune Resort. Chodziło nam o przywrócenie właściwego sposobu kontaktowania się człowieka z architekturą. Chcieliśmy w sposób łatwo rozpoznawalny dla  ludzi zasygnalizować elementy luksusu. Kiedy więc wieszamy w jasnym, przestronnym pomieszczeniu kryształowy żyrandol, mówimy że to jest wnętrze luksusowe. A żeby nie być w tym wszystkim kimś zbyt poważnym, użyliśmy paru „dziwnych” zestawień, puściliśmy oko do odbiorców. Stąd żelbetowe, minimalistyczne schody, ale ozdobione koronkową, pełną subtelnych elementów balustradą wykonaną w cyfrowej technologii obróbki metalu. To tę dość surową przestrzeń nieco ociepla. A jednocześnie w kodzie kulturowym jest jednoznaczne. Osoby obcujące z luksusowymi magazynami nie mają wątpliwości co to znaczy, potrafią budynek i jego wnętrze właściwie odczytać. W trzecim budynku użyliśmy z kolei elementów z estetyki art deco, z jej dyscypliną i powściągliwością. Mimo tych różnic nikt nie ma wątpliwości, że Dune Resort to spójna całość.

Nie byłoby spektakularnego Dune Resort oraz innych apartamentowych realizacji Firmus Group gdyby nie jedna osoba. Wszystko zaczęło się bowiem od Steina Christiana Kuntsena – jego zachwytu Mielnem i wizji przyszłego serca kurortu na europejską skalę położonego między Bałtykiem a jeziorem Jamno. Przekonał on do swej wizji najpierw grupę norweskich inwestorów, a później polskich współpracowników. Otwierany właśnie oficjalnie kompleks Dune Resort jest na drodze spełnienia dalekosiężnych planów Firmus Group kamieniem milowym.

Stein Christian Knutsen

Siedem lat temu prezes Stein Knutsen mówił lokalnej gazecie: – Jeśli definiujemy wizjonera jako kogoś, kto wierzy w coś, czego inni nie dostrzegają, to tak – jestem wizjonerem. A przynajmniej jestem nim od kiedy rozpocząłem duże inwestycje budowlane w Mielnie, a równocześnie pojawiła się możliwość zainwestowania także w rejonie podkoszalińskiej wsi Jamno. Zakupienie ponad 100 hektarów zwartego terenu przy jeziorze, to jak odkrycie nowego kontynentu. O czymś takim się tylko marzy, a mnie udało się tego dokonać naprawdę.

By zrozumieć wizję Steina Knutsena trzeba uświadomić sobie topografię okolic Koszalina. Miasto położone jest zaledwie kilka kilometrów w linii prostej od morza. Jego północna część – od kiedy dawna wieś Jamno stała się jednym z koszalińskich osiedli – przylega bezpośrednio do jeziora Jamno. A jezioro od morza oddziela mierzeja, czyli bardzo wąski pas wybrzeża. Stojąc na nim z jednej strony mamy widok na morze, a z drugiej na jezioro. Do Firmus Group należy 100 hektarów gruntów w Jamnie, a także 36 hektarów na wspomnianej mierzei.

Nowa skala

Pierwsze realizacje apartamentowe Firmusa w Mielnie, czyli Tarasy oraz Rezydencja Park, skalą nie zaskakiwały. Dopiero pierwsza część Dune Resort była czymś pod każdym względem wyjątkowym. Nie chodzi wyłącznie o wielkość obiektu, ale przede wszystkim o jego charakter. Był to pierwszy tej klasy obiekt nie tylko w Mielnie, ale na całym polskim wybrzeżu.

Budowa od początku wzbudzała zainteresowanie mieszkańców Mielna i osób odwiedzających kurort. Niecodziennym widokiem były przede wszystkim olbrzymie dźwigi budowlane nad samym morzem. Sygnalizowały one, że za tymczasowym ogrodzeniem otaczającym plac budowy dzieje się coś wyjątkowego. Zanim jednak pojawiły się budowlane żurawie, do wykonania były żmudne i czasochłonne prace przygotowawcze.

Krok po kroku, konsekwentnie

Grunt znalazł się w ręku inwestora w 2005 roku. Potem był okres planowania i projektowania. Pozwolenie na budowę ma datę 2010 roku. Budowa rozpoczęła się w maju 2011 roku. Przez pół roku (do listopada 2011 r.) trwały roboty stanu zerowego, czyli przygotowania do posadowienia budynku. Najważniejsze, choć dla zewnętrznego obserwatora mało widowiskowe. Oznaczały konieczność wywiezienia masy ziemi i zbudowania stabilnej podstawy dla przyszłej budowli. Trzeba bowiem pamiętać, że Dune Resort stoi de facto w obrębie przybrzeżnej wydmy i od niej (ang. dune = pol. wydma) bierze nazwę!

Rynek na to czekał

W czerwcu 2013 roku pierwsza część kompleksu była gotowa. Jej otwarcie miało przełomowe znaczenie dla całego projektu. Eleganckie apartamenty szybko znalazły nabywców, a Firmus poszedł za ciosem i ruszył z budową dwóch pozostałych części kompleksu.

Głównym architektem inwestycji i autorem projektu jest dr Marek Sietnicki z SAS – Studio Architektoniczne Sietnicki ze Szczecina. Efekt jego pracy doceniły specjalistyczne publikatory (m.in. miesięcznik „Architektura” i serwis „Życie w Architekturze”). Komplementowały doskonałe wyczucie proporcji, idealne wkomponowanie Dune w naturalne otoczenie plaży i wydmy brzegowej. Chwaliły duże powierzchnie zastosowanych przeszkleń powodujące maksymalny dostęp do wnętrz światła dziennego oraz gwarantujące widok na morze dostępny z możliwie wielu punktów budynku.

Powstał zespół trzech apartamentowców o jasnych elewacjach i bryłach harmonijnie wtopionych w nadmorski krajobraz Mielna. Łącznie jest to 330 apartamentów, lokale gastronomiczne – w tym reprezentacyjna Dune Restaurant Cafe Lounge, dwa zewnętrzne baseny kąpielowe z podgrzewaną wodą, zespół basenów pod dachem, sala fitness i sauna oraz rozległy, reprezentacyjny dziedziniec.  

Z poszanowaniem natury

Warto podkreślić, że Firmus Group przykłada duże znaczenie do tego, by budować z jak najmniejszym uszczerbkiem dla naturalnego środowiska. Stąd już na etapie projektowania zaplanowane zostało  przywrócenie terenowi stanu bliskiego wyjściowemu.
Autorka projektu zieleni wokół apartamentowców Dune tak o tym mówi: – W przypadku Dune zrobiliśmy wszystko, by przestrzeń wokół obiektów zagospodarować z zachowaniem elementów charakterystycznych dla krajobrazu bałtyckiego. Stąd między innymi zastosowanie wyłącznie rodzimych roślin, w tym dwóch rodzajów wydmowych traw.

Prezes Stein Christian Knutsen  podkreśla: – Zawsze stawiamy na najwyższą jakość, rzetelność, szacunek wobec środowiska. Dajemy klientom dokładnie to, co obiecujemy. Mamy biznesowy program na długie lata. Konsekwentnie i rozważnie go realizujemy. Dune Resort to bardzo ważne przedsięwzięcie, ale w szerszym planie to tylko kolejny etap w drodze do głównego celu. A jest nim uczynienie z Mielna w perspektywie jednego pokolenia najbardziej ekskluzywnego i pożądanego miejsca wypoczynku nie tylko na polskim Wybrzeżu.  I tak się stanie, bo głęboko w ten cel wierzymy.